Niedziela Wiktora K., czyli nic wielkiego
- To tak, jakbyś ty uczył ruskiego – powiedział mi Brat, krzywiąc się.
Krzywił się, bo rozmawialiśmy o jego pracy – i dlatego, że po dwóch dniach katowania się na skałkach w Jurze musiał się wdrapać po schodach do mieszkania. Może jeszcze dlatego, że nazajutrz musiał znowu wcześnie wstać, a nie było chwilowo komu pozmywać, zrobić śniadania i zadbać o dom (rodzice na Mazurach).
Porównanie było dość trafne: Brat (budowlaniec z ambicjami, pasjonat wielkich stalowych konstrukcji) siedzący nad projektem osiedla domków mieszkalnych – to tak samo jak ja, magister anglistyki, uczący zupełnie innego języka. Niby uprawnienia są, warsztat może podobny – ale coś byłoby bardzo nie w porządku.
Zafrasowałem się odrobinę, ale nie było czasu się dołować. Brat dobrnął do trzeciego piętra, wysnuwając pod koniec pozytywne wnioski na temat wypłaty, która osładza mu jego żywot. Zrobiliśmy sobie grzanki z serem (“koniecznie na patelni”), obejrzeliśmy Monty Pythona – i pora była już wracać.
Wracając do Katowic z porcją sushi dla M. myślałem o tym, co powiedział. Pewnie, że jeszcze ma czas, jeszcze zdąży załapać się tam, gdzie będzie chciał. Zdaje się, że dwa lata temu tak samo miałem: wierciłem się, pracowałem nie dlatego, że lubiłem – ale po to, żeby wyjść na prostą, przejść na następny level, żeby w końcu było tak, jak chcę. Może jeszcze długo nie będzie po mojemu, ale opcji jest coraz więcej.
To był dobry dzień, mimo wszystko: wieczorem, już w Katowicach, tańczyliśmy z M. na ulicy i spacerowaliśmy, gapiąc się ludziom w okna i kotom w błyszczące oczy.